ODESZLI
Zanim jeszcze przejdziemy do rankingu, kilka chwil zadumy nad tymi muzykami, którzy odeszli w 2024 roku. Świat muzyki stracił bezpowrotnie takie postaci jak "Zegarmistrza światła" Tadeusza Woźniaka, legendarnego wokalistę Budki Suflera Felicjana Andrzejczaka czy jednego z liderów zespołu Skaldowie - Jacka Zielińskiego. A ze światowych sław to m.in. świetnego bluesmana Johna Mayalla czy byłego wokalistę Iron Maiden - Paula Di’Anno, Z niedowierzaniem przyjąłem również informację o śmierci Shifty'ego Shellshocka, jednego z liderów popularnego na początku lat dwutysięcznych zespołu Crazy Town. Chłop miał zaledwie 50 lat.
A tu jeden z ostatnich występów na żywo Felicjana Andrzejczaka i ponadczasowa "Noc Komety".
KONCERTY
W 2024 w Polsce wystąpili m.in. Depeche Mode, Metallica, Foo Fighters, Dua Lipa, Lenny Kravitz, Tool, Ed Sheeran, Kings Of Leon czy wspomniana już Taylor Swift. Nasz kraj stał się już stałym punktem w kalendarzach największych światowych gwiazd i to jest na pewno plus. Minusem jest, że tych koncertów zrobiło się tyle, że trzeba naprawdę uważnie sprawdzać kto, gdzie i kiedy gra bo czasem są 2-3 ciekawe sztuki jednego dnia i z czegoś trzeba finalnie zrezygnować. Z zagranicznych gwiazd zobaczyłem tylko Dirty Honey, Slasha, Duffa McKagana i brytyjskich weteranów z The Pretenders. Poza tym odkryłem, że na cover-bandach (Made In Warsaw) i na muzyce pop (Ewa Farna) też da się świetnie bawić. Dodatkowo jeden koncert mi przepadł (Myles Kennedy) z powodu nieoczekiwanego urlopu. Żałuję, że nie było mnie na Paramore (bez szans na wstęp - grali jako support Taylor), Blues Pills i Comie (konflikty dat z innymi koncertem na który miałem już bilety), ale i tak 13 koncertów to niezły wynik, którego nawet nie planowałem na początku roku.
Wszystkie moje relacje znajdziecie tu: http://www.askoncertowy.pl/search/label/koncerty (końcówka 2024 jeszcze w przygotowaniu).
Co
w planach na 2025? Przede wszystkim Guns N' Roses pod których koncert podporządkowuje wszystko inne, nawet to, że na chwilę przeproszę się z tym betonowym bublem na Narodowym. Na pewno pojawię się też na Dirty Honey, Queens Of The Stone Age, Iron Maiden i Volbeat. Poza tym sporo polskich artystów, ciągnie mnie w rejony w których jeszcze nie byłem (np. Kwiat Jabłoni czy Zalewski). Rozważam również takie koncerty jak Alanis Morrisette, Post Modern Jukebox, The Offspring, Marylin Manson czy Airbourne. Ile z tego finalnie wyjdzie to zobaczymy, organizatorzy ogłaszają jeszcze trasy koncertowe na bieżąco, a o jesieni 2025 to jeszcze w ogóle niewiele wiadomo. W każdym razie zapowiada się kolejny rekord.
PŁYTY
Czas na podsumowanie płytowe czyli creme de la creme tego nad czym "pracuję" prawie cały rok. Dziwnie brzmi "praca" w kontekście słuchania muzyki pod tworzenie rankingu, ale jest bliskie prawdy, bo poświęcam temu zajęciu mnóstwo czasu i energii. Z każdego albumu, nawet spoza swojej bańki muzycznej, staram się wyciągnąć jak najbardziej wartościowe kawałki. Czasem z całej płyty jest to jeden utwór, który okazuje się sztosem, mimo, że pozostała część do niczego się nie nadaje. A czasem jest tak, że płyta jest równa, ale nie ma żadnego hitu, ani szczególnych "smaczków", które warto przybliżać innym. Ja szukam płyt, które mają i "fajerwerki" i są po prostu dobre do słuchania. A to wszystko wymusza ode mnie utrzymania skupienia i ciągłej analizy. Na pewno słucham muzyki inaczej niż większość ludzi.
Krótko zasady rankingu. Poniższa lista jest w 100% subiektywna, kieruję się tylko własnym widzi-mi-się i emocjami. Oceniam tylko płyty z nowymi utworami, które ukazały się w danym roku. Żadnych płyt live, albumów z coverami i greatest hits. Tylko świeżynki. W 2024 przesłuchałem 81 albumów. Różnych, co jak mniemam będzie widać po finalnej dziesiątce.
Tradycyjnie też przed właściwym rankingiem - pięć minusów i pięć plusów. Takie dodatkowe miejsce dla płyt, które warto wspomnieć - zaskakujących pozytywów i tych krążków które rozczarowały i należy ich unikać, jeśli jeszcze nie jest za późno.
Nagany:
- Black Country Communion - V - BCC w moich rankingach zawsze lądowali wysoko, ale tym razem zabrakło jakiejś perełki. I na dodatek wkurzał mnie wokal na tej płycie. Natomiast nadal jest to zespół złożony ze świetnych muzyków i warto sobie odpalić ich wcześniejsze dokonania.
- Cree & Sebastian Riedel - Zawsze Z Wami - tu nie minus, tylko wielka, gruba krecha. I to nawet nie za muzykę, ale za podejście do fana i brak jakiejkolwiek sensownej dystrybucji albumu - nie ma go ani w Empikach, ani na Spotify, a trasa koncertowa została odwołana. Zostaje sklep internetowy zespołu. Naprawdę? W XXI wieku?
- Happysad - Pierwsza Prosta - po starym rockowym Happysad nie został nawet ślad - teraz jest ambitniej, ale przy okazji nudno.
- The Offsrping - Supercharged- odcinanie kuponów od dawnej sławy. Brakuje pomysłów i bezkompromisowości znanych z młodzieńczych lat.
- Imagine Dragons - Loom - mimo, że dużo na tym albumie jest przestrzeni, pogłosu, a płyta brzmi stadionowo, to wszystkie piosenki zlewają się w jedno. Brakuje wyróżnika, który by pozwolił skupić się na tej muzyce na dłużej.
Wyróżnienia:
- The Smashing Pumpkins - Aghori Mhori Mei - świetna rockowa płyta i po raz pierwszy od dawien dawna nie wkurza mnie Billy Corgan.
- Agata Karczewska - Not My First Rodeo - szkoda, że to tylko EP, bo ten głos mógłby mnie usypiać, kołysać i szeptać czułe słówka na dobranoc.
- David Gilmour - Luck And Strange - zalatuje Pink Floyd na kilometr i … dobrze, brakowało takiej płyty na rynku, gdzie można odpłynąć przy dźwiękach dłuuuugaśnych solówek
- Krzysztof Cugowski - Wiek To Tylko Liczba - stary, dobry Budkowy rock n' roll. I ten głos - nadal jeden z lepszych w kraju.
- Lenny Kravitz - Blue Electric Light - po dłuższej przerwie Lenny znów koi nasze skołatane nerwy swoim muzycznym światem. Powrót do wielkiej formy.
Dobra, jeszcze jedna ostatnia sprawa. Miało nie być o albumach z coverami, ale dwa muszę Wam koniecznie polecić. Lubicie amerykańskie, jazzowe standardy? To łapcie dwa krążki w tym stylu. Jedna to Rod Stewart "Swing Fever" w wykonaniu 80-letnich już muzyków - piękna, radosna płyta z elementami jazzu, bluesa i funku. Druga to Lady Gaga "Harlequin" - która pokazuje jak świat amerykańskiej piosenki lat 50. i 60. może być fascynujący.
A teraz już ostatecznie przed Wami top 10 płyt 2024 roku. A właściwie to top 11, bo chcę, żebyście z jedną płytą zapoznali się koniecznie, a doczytałem się, że składa się niekoniecznie z numerów nowych. Chodzi mianowicie o ...
Blue Oyster Cult - Ghost Stories
Album był w moim rankingu wysoko i to od wielu miesięcy. Jak się okazało zawiera on jednak niewykorzystane na innych albumach kawałki Blue Oyster Cult z lat 70. i 80. plus kilka coverów, co by czyniło ten krążek nieprzystającym do moich zasad. Ładne mi odrzuty, skoro ta płyta to niezła petarda. Mamy tu punkowe "Kick Out The Jams" z repertuaru grupy MC5, "Cherry" w stylu rockabilly, niespokojne "We Gotta Get Out Of This Place" z dorobku The Animals i oparte na pianinie "Shot In The Dark". Jedyną nieudaną próbą jest tutaj cover Beatlesów "If I Fell" - wersja zbyt mocno wierna oryginałowi. Ale to i tak ponad 40 minut muzycznej uczty w postaci bluesowo-rockowych standardów.
A teraz Panie i Panowie do dzieła:
10. Pearl Jam - Dark Matter
Jednym z ostatnich moich marzeń koncertowych jest zobaczenie na żywo Pearl Jam, dlatego cieszy mnie, że zespół Eddie'go Veddera trochę odżył po kilku bezbarwnych płytach. Producenci na pierwszy ogień wyciągnęli bas ("Running") i perkusję i od razu słychać nową energię tego zespołu, począwszy od rozpędzonego "Scared Of Fear" czy "React, Respond". Z kolei tytułowy "Dark Matter" jest dowodem na to, że ostatni Mohikanie grunge'u potrafią jeszcze tworzyć mocne i mroczne kawałki. Jest też bujające w kowbojskim rytmie "Something Special". Reszta to raczej bezpieczne wypełniacze, ale z uwagi na solidny wokal Veddera można uznać całą płytę za udaną.
9. Myles Kennedy - The Art Of Letting Go
8. The Mercury Riots - Be Yours
Debiutanci z Los Angeles nagrali wzorcowy hardrockowy album w stylu takich kapel jak Dirty Honey ("Be Yours" jakby żywcem wyjęte z dorobku DH) czy Goodbye June. I celowo do porównania użyłem mniej znanych zespołów, choć oczywiste wydają się tu takie inspiracje jak Led Zeppelin ("Nobody Knows") czy Guns N' Roses, zwłaszcza jeśli odkryjemy, że producentem albumu jest Mike Fraser odpowiedzialny m.in. za kilka ostatnich płyt AC/DC (posłuchajcie "Save Me A Drink"). "In Solstice" to 35-minutowa jazda bez trzymanki, a właściwie podręcznik do rock n'rolla. Jack Black byłby dumny. Powtórzę to po raz kolejny - rock n' roll żyje i ma się świetnie, m.in. dzięki takim zespołom jak Mercury Riots. Tylko czekać jak się rozwinie ich kariera.
7. Goodbye June - Deep In The Trouble
Kolejny amerykański hardrockowy produkt, prosto z Nashville w stanie Tennessee. Zespół istnieje od 2009 i aż dziwne, że nigdzie się szerzej nie przebił. Ja mam ich na radarze od dawna, ich poprzednia płyta wylądowała w moim rankingu z 2022 roku na 9. miejscu. Tym razem lądują "oczko" wyżej. A na albumie wszystko z czego zespół już zasłynął i w czym są absolutnymi mistrzami - łączenie bluesa z hard-rockiem i charakterystycznym, skrzekliwym wokalem Landona Milbourne'a. Co nie znaczy, że Goodbye June ograniczają się tylko do jednego stylu, bo mamy tu i speed-country ("Waller In The Mud"), trochę gospel ("Well, Oh Well") i piękne ballady ("Pile Of Bones" i "Hard Livin"). Krok naprzód w porównaniu z poprzednimi dokonaniami. Czekam aż pojawią się odważniej w Europie.
6. Linkin Park - From Zero
Chyba najgorętsza płyta roku. I najodważniejsza bo muzycy Linkin Park zmierzyli z legendą swojego zmarłego wokalisty Chestera Benningtona. W dodatku z kobietą na wokalu. Trochę się bałem, że ten mariaż będzie brzmiał jak Nightwish czy Within Temptation, ale jednak Linkin Park to trochę inny styl. A Emily Armstrong ma absolutną petardę w głosie i jak ryknie to u sąsiada drży sufit ("Cut The Bridge"). Choć sam album zaczyna się spokojnie ("Emptiness Machine"), to rozpędza się z każdą kolejną minutą. Pełnię możliwości wokalnych Emily pokazują takie kawałki jak "Heavy Is The Crown" czy "Two Faced" - tak powinno brzmieć nowe-stare Linkin Park. Tytuł "From Zero" mówi właściwie wszystko - zespół wystartował od zera, ale pozostał wierny swojemu stylowi i wyszło całkiem przyzwoicie. Wiadomo, że w takiej sytuacji stracą część fanów, ale przybyło im też sporo nowych, którzy wierzą, że jest potencjał na więcej. Dla mnie najważniejsze w tym wszystkim jest pełne poszanowanie dla dziedzictwa Chestera.
5. Matylda/Łukasiewicz - Matka
Myśli Matyldy Damięckiej zamknięte w krótkie, refleksyjne formy piosenkowe. Drugi z duetu Radek Łukasiewicz oszczędnie przekształcił formę liryczną w formy muzyczne, od czasu do czasu przejmując wokal. Jest to muzyka ambitna i szczególnie w warstwie tekstowej wymagająca chwili skupienia i refleksji. Matylda śpiewa o sprawach trudnych (relacja z tytułową "Matką"), ważnych społecznie (mąż oprawca w "Taki Pan") i wyzwaniach życia codziennego ("Nudny Rok"). Artystka dużo uwagi poświęca też sile (dyskotekowy "Kastet") i potrzebom (wręcz erotyczne "Sepleń") kobiet we współczesnym świecie. Z kolei Radek zwraca uwagę na rosnące oczekiwania wobec mężczyzn, z którymi Ci na co dzień sobie nie radzą ("Czuły Barbarzyńca" z fragmentem "bądź gotowa że czasem się poddam, pozwól mi nie nadążać, nie mieć siły na wojnach"). Jedno z moich muzycznych odkryć i jednocześnie jedna z moich ulubionych płyt w 2024.
4. Mdou Moctar - Funeral For Justice
Przyznam że o takim artyście jak Mdou Moctar usłyszałem w jakimś wywiadzie od pisarza Jakuba Żulczyka. Przesłuchałem z ciekawości i wbiło mnie w krzesło. Zespół pochodzi z Nigru i w swoich piosenkach skupia się na obecnej sytuacji polityczno-społecznej ludu Tuaregów. Przy czym (jeśli wierzyć tłumaczeniom tekstów) skupia się na krytyce działań władców afrykańskich ("Funeral For Justice") i zachęca do wyrwania się spod kolonialnego amerykańsko-francuskiego jarzma (np. "Oh France"). Moctar jest wściekły, w tekstach wali prosto z mostu, a jego gniew i furię czuć w piosenkach ("Imouhar" czy "Tchinta"). "Funeral For Justice" to fantastyczne połączenie gitarowej muzyki, orientalnych wstawek i arabskiego śpiewu. Dużo tu typowo afrykańskich wstawek (śpiew na wiele głosów, oklaski, tradycyjne instrumenty takie jak sitar) podanych w formie rockowych piosenek. Moctar śpiewa o sprawach ważnych i egzystencjalnych dla swojej społeczności.
3. Blues Pills - Birthday
Ileż to świetnych zespołów wypuściła w świat Szwecja, poczynając od Abby, przez Roxette, Europe czy choćby The Cardigans (ci od "Lovefool"). Blues Pills to kolejny z nich. Nie chcę nawet szukać jakiegoś odpowiednika, bo w muzyce zespołu możemy doszukać mnóstwa inspiracji - od Led Zeppelin po Lady Gagę. Dostajemy mnóstwo rock n' rolla w różnych formach - od pulsującego basu w "Don't You Love It", wściekłe "Holding Me Back", przez kojąco-bujające "Top Of The Sky" i power-balladę "Somebody Better". Cudowny kobiecy głos z chrypką to Nina Larsson (tu ciekawostka - w trakcie nagrywania albumu okazało się, że wokalistka jest w ciąży, stąd m.in. tytuł i cała sesja okładkowa). I to jest niesamowita wartość tego zespołu, że nawet przeciętną piosenkę ten głos potrafi wyciągnąć barwą i skalą potrafi wyciągnąć na absolutne wyżyny. Mam wrażenie, że równie dobrze mogłaby zagrać główną rolę na Brodwayu jak i wyśpiewać instrukcję obsługi pralki, w każdej z tych czynności byłoby tyle samo pasji i jakości. Nina dużo śpiewa o różnych odcieniach relacji damsko-męskich i raczej nie szczypie się w język. Album pełen życiowej energii.
2. Green Day - Saviors
Co tu dużo gadać. Green Day wrócili na pełnych obrotach w swojej najlepszej wersji - jest i ostro, i przebojowo, i melodyjnie. Agresywne riffy wpisują się w punkowy sznyt piosenek. Moje ulubione to gangsterskie "One Eyed Bastard" i trochę niewinne "Bobby Sox". Jest też dużo Green Daya w Green Dayu ("Look Ma, No Brains!" czy "Strange Days Are Here") co oznacza, że są wierni swoim korzeniom muzycznym. Zespół przez muzykę wyrzuca swój gniew do otaczającego świata - "All I
want's my records making, my pain go away" jak śpiewają w "Corvetter Summer". Do tego jak zwykle Billie Joe Armstrong jest bystrym obserwatorem procesów społecznych ("The American Dream Is Killing Me", "Living in the 20's") zachodzących w ju-es-ej, a płyta była pisana przed prezydenturą Trumpa, mam wrażenie, że teraz byłoby tylko ostrzej. Ale poznajemy też wokalistę od bardziej osobistej strony kiedy śpiewa o swoim uzależnieniu ("Dilemma" - "Welcome to my problems (...) Welcome to my nightmare) czy relacjach ojca z synem ("Father To A Son"). Doskonała płyta do której często wracam, a większość piosenek to będą prawdziwie koncertowe wymiatacze i trzeba gdzieś po cichu liczyć, że tym razem nie ominą Polski.
1. Jack White - No Name
Genialny album mistrza kombinowania z dźwiękami. Na "No Name" każdy dźwięk i każda nuta są przemyślane, czym przypomina trochę albumy The White Stripes (np. "Old Scratch Blues"). Ja tu słyszę też mnóstwo inspiracji Jimmy'm Page'm i surowymi rock n' rollowymi kawałkami Led Zeppelin (np. "Archbishop Harold Holmes"). W "That's How I Feeling" dostajemy pulsujący riff, przeobrażający się w eksplozję dźwięków w refrenie. "What's The Rumpus?" to narastająca opowieść z przesłaniem, że dziś prawda jest tylko opinią - skąd my to znamy, prawda? Ale jest też iście punkowe "Bombing Out". Właściwie nie otrzymamy tu długich solówek i rozbudowanych kompozycji. W "Missionary" Jack śpiewa "No cap, practical perspective, I'm skeptical of anything, I'll find myself a new directive". No i znalazł formułę niemalże doskonałą, bo ten album to takie 3 x P - prostota, pokora i powrót do korzeni. Ależ się tego słucha!
PS. A propos tych korzeni polecam sobie i Wam wrócić do dokumentu z 2008 roku "It Might Get Loud" z White'm, wspomnianym już Page'm i The Edge z U2 - dziś nazwałbym go filmem o miłości trzech facetach do emocji pochodzących z dźwięków wydostających się z gitary. Tam są zawarte inspiracje, które słychać na "No Name".
A gdyby było Wam mało, to przygotowałem ponad 10,5 godziny najciekawszych piosenek z 2024, żebyście nie musieli się przekopywać przez marne wydawnictwa. Miłego odsłuchu!
PS. Zaglądajcie na bloga, częściej niż raz do roku. As Koncertowy znów rusza na stadiony, hale i kluby, żeby przekazywać Wam swoje muzyczne emocje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz